
Advertise on podcast: Zwierciadło Podcasty
Rating
4from
This podcast has
430 episodes
Language
PolishPublisher
ZwierciadłoExplicit
No
Date created
2022/07/27
Latest episode
2026/10/28
Average duration
59 min.
Release period
2 days
Description
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
Unlock Zwierciadło Podcasty podcast Email contact info,
Listeners & Audience details
Email contact information
Direct podcast contact details

Listeners
Audience numbers & engagement insights

Audience details
Podcast Insights

Podcast episodes
Check latest episodes from Zwierciadło Podcasty podcast
„Pamiętam taką piękną niedzielę, wyczułam zmianę i zrobiło mi się niedobrze”. Jakie mity nt. raka piersi usypiają naszą czujność? | „Jak zdrowie” odc. 23
2026/10/28
„Najczęściej zmiany wykrywają nie kobiety, a ich partnerzy” – mówi Magda Kardynał, prezeska Fundacji OmeaLife – Rak Piersi Nie Ogranicza. Dlaczego tak wiele z nas odkłada profilaktykę, choć wie, jak ważna jest dla zdrowia? W rozmowie z Anną Augustyn-Protas w podcaście „Jak zdrowie” opowiada o własnym doświadczeniu choroby, trudnych decyzjach dotyczących leczenia i wsparciu, którego naprawdę potrzebują kobiety z diagnozą raka piersi. Sponsorem odcinka jest firma odzieżowa, Taranko.
Odkładamy badania, bo zawsze jest coś ważniejszego
Na liście codziennych obowiązków badanie piersi często przegrywa z pracą, opieką nad dziećmi i sprawami, które nie mogą czekać. Paradoksalnie dotyczy to również kobiet dobrze wykształconych, świadomych i mających dostęp do opieki medycznej. Wiedzą, że profilaktyka jest ważna, ale własne zdrowie przesuwają na koniec listy. A potem na kolejny dzień, tydzień i miesiąc.
W podcaście „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas pyta Magdę Kardynał, dlaczego tylko jedna trzecia kobiet chce badać się w kierunku raka piersi. Prezeska Fundacji OmeaLife zwraca uwagę, że problem nie sprowadza się do braku wiedzy. Wśród kobiet, z którymi spotyka się w swojej działalności, są również osoby zajmujące wysokie stanowiska, dysponujące środkami finansowymi i świadome znaczenia profilaktyki. Mimo to nie znajdują czasu dla siebie. Jak zauważa, o własnych potrzebach myślą dopiero wtedy, gdy uporają się z pracą, rodziną i obowiązkami.
To jeden z mechanizmów, które sprawiają, że troska o zdrowie przegrywa z codziennością. Kobiety przywykły do bycia odpowiedzialnymi za innych, ale nie zawsze potrafią przyznać sobie podobne prawo do opieki. Łatwiej zorganizować wizytę lekarską dziecku, zadbać o potrzeby partnera czy pomóc rodzicom niż zatrzymać się i sprawdzić, co dzieje się z własnym ciałem.
Nie zawsze chodzi jednak o brak czasu. Czasem przeszkodą jest lęk przed tym, co można usłyszeć w gabinecie. Niektóre kobiety wolą nie wiedzieć, bo wyobrażają sobie, że dopóki nie ma diagnozy, nie ma również choroby. Badanie staje się wówczas nie tyle elementem profilaktyki, ile konfrontacją z najgorszym scenariuszem.
Tyle że unikanie odpowiedzi nie usuwa ryzyka. Odbiera natomiast możliwość odpowiednio wczesnego rozpoznania problemu i podjęcia dalszych działań.
„Jesteś za młoda na raka”. Mity, które usypiają czujność
Wokół raka piersi wciąż funkcjonują przekonania, które mogą dawać złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednym z nich jest przeświadczenie, że choroba dotyczy przede wszystkim starszych kobiet. Innym – że karmienie piersią chroni przed nowotworem w takim stopniu, że można przestać zwracać uwagę na profilaktykę.
Magda Kardynał zwraca uwagę, że kobiety słyszą, iż są za młode na raka albo że karmienie piersią je przed nim uchroni. Takie zapewnienia mogą skutecznie uśpić czujność. Tymczasem żaden z tych argumentów nie daje gwarancji, że choroba się nie rozwinie.
Dlatego tak ważne jest, by nie traktować wieku ani macierzyństwa jako powodów do rezygnacji z troski o piersi. Profilaktyka powinna uwzględniać wiek, indywidualną sytuację i zalecenia medyczne. Niepokojące zmiany wymagają konsultacji lekarskiej, niezależnie od tego, ile mamy lat.
Warto też pamiętać, że samobadanie i obserwowanie własnego ciała nie zastępują badań obrazowych. Mogą pomóc zauważyć zmianę, ale nie wykluczają choroby. W zależności od wieku i indywidualnego ryzyka lekarz może zalecić odpowiednie badania, w tym USG lub mammografię.
Przełamywanie tabu zaczyna się od rozmowy, która nie straszy, ale też nie bagatelizuje zagrożenia. Zamiast powtarzać, że rak na pewno nas nie dotyczy, lepiej stworzyć przestrzeń, w której można bez wstydu zapytać o badania, ryzyko i niepokojące objawy. Wiedza nie powinna być kolejnym źródłem lęku. Ma pomagać podejmować decyzje.
„Wcale mnie nie obchodzi, co robi mój były”. Jak język zdradza nasze prawdziwe intencje? | „Rozmowy z sensem” odc. 2
2026/10/23
„Ludzie często mówią do nas jak to idiotów np. nie żebym była złośliwa, ale... " – mówi psycholingwistka, dr Małgorzata Majewska w „Rozmowy z sensem”, Agnieszki Radomskiej. W codziennych rozmowach więcej niż chcemy powiedzieć zdradzają pozornie niewinne pytania, nadmiar wyjaśnień i deklaracje, że coś jest nam zupełnie obojętne. Jak rozpoznawać ukryte komunikaty, dlaczego nie zawsze słuchamy, by zrozumieć, i co nasz sposób mówienia mówi o relacjach?
Jednym z częstszych problemów w komunikacji jest to, że pytamy, choć wcale nie zależy nam na odpowiedzi. Wypowiadamy zdanie o formie pytania, ale jego prawdziwym celem jest wyrażenie pretensji, rozczarowania albo złości. Dr Majewska nazywa to jedną z największych chorób komunikacyjnych: „My nie pytamy z ciekawości”. Agnieszka Radomska dopowiada, że często po prostu nie jesteśmy zainteresowani tym, co druga osoba ma do powiedzenia.
Wystarczy przyjrzeć się codziennym rozmowom w domu. „Agnieszko, dlaczego zostawiłaś brudne buty w przedpokoju?” – takie zdanie może brzmieć jak prośba o wyjaśnienie. W praktyce nierzadko oznacza jednak: „Jestem zła, że znowu zostawiłaś bałagan”. Osoba pytająca niekoniecznie chce dowiedzieć się, dlaczego buty znalazły się w tym miejscu. Chce, żeby druga strona poczuła ciężar jej niezadowolenia.
Czy da się z tego wyjść? Pierwszym krokiem jest rozpoznanie własnej intencji. Zanim zadamy pytanie, warto sprawdzić, czy naprawdę chcemy poznać odpowiedź. Jeśli nie, uczciwiej będzie nazwać emocję albo potrzebę. To nie gwarantuje, że rozmowa przebiegnie bez napięć, ale daje szansę na porozumienie, zamiast zmuszać drugą osobę do odgadywania ukrytego znaczenia.
„Ja osobiście uważam”
W codziennych rozmowach łatwo przeoczyć nadmiar słów. Niektóre zwroty wydają się tak naturalne, że używamy ich automatycznie. „Ja osobiście uważam”, „szczerze mówiąc”, „tak naprawdę” – każdy z nich może pełnić określoną funkcję, ale warto zwrócić uwagę, kiedy staje się niepotrzebnym dodatkiem do wypowiedzi.
Dr Majewska odwołuje się do pojęcia ekonomii języka. W rozmowie liczy się nie tylko to, co mówimy, ale również to, ile słów potrzebujemy, żeby przekazać daną myśl. Jak zauważa psycholingwistka, nadmierne rozbudowywanie wypowiedzi może czasem oznaczać, że próbujemy zasłonić słowami swoje intencje albo podkreślić własną pozycję, ponieważ czujemy się niepewnie.
Wstyd, który ukrywa się za pewnością siebie
U podstaw wielu sposobów komunikowania się może leżeć emocja, o której niechętnie rozmawiamy: wstyd. Dr Majewska przywołuje definicję Brené Brown, badaczki zajmującej się między innymi wstydem i wrażliwością. W tym ujęciu chodzi o lęk przed odrzuceniem: obawę, że jeśli ktoś zobaczy, jacy naprawdę jesteśmy i czego się w sobie wstydzimy, wykluczy nas ze wspólnoty.
Taki lęk może wpływać na sposób, w jaki mówimy, bronimy własnego zdania i reagujemy na krytykę. Kiedy boimy się oceny, próbujemy kontrolować wrażenie, jakie wywieramy na innych. Możemy przesadnie się tłumaczyć, ukrywać niepewność za stanowczymi deklaracjami albo atakować, zanim ktoś zdąży zakwestionować naszą pozycję. Język staje się wtedy rodzajem zbroi.
„Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie mają wahań”
Pewność siebie bywa atrakcyjna. W świecie pełnym sprzecznych informacji i niejednoznacznych sytuacji łatwo ulec osobom, które mówią stanowczo, nie dopuszczają wątpliwości i sprawiają wrażenie, że wszystko mają pod kontrolą. Jednak w rozmowie nie zawsze jest to oznaka siły.
„Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie mają wahań, którzy wiedzą, jak jest” – mówi dr Majewska. Ta uwaga zwraca uwagę na znaczenie wątpliwości. Umiejętność powiedzenia „nie wiem”, „mogę się mylić” albo „muszę to przemyśleć” świadczy o gotowości do uznania, że rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana, niż chcielibyśmy wierzyć.
„Nauczyłem się pamiętać, bo wiem, że nie zapamiętam”. Vienio, zorganizowany ADHD-owiec, który przerywa rodzinne schematy | „W czułym zwierciadle”
2026/10/23
„My nosimy rodzinę w sobie” – mówi Piotr „Vienio” Więcławski w podcaście Małgorzaty Serafin „W czułym zwierciadle” . Raper, producent muzyczny i człowiek wielu pasji przygląda się temu, jak przeszłość wpływa na nasze wybory, dlaczego wciąż wchodzimy w te same relacje i co można zrobić, żeby przerwać błędne koło, także myślowe, gdy żyje się z ADHD, trudnościach z koncentracją i sposobach na odnajdywanie spokoju w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi.
ADHD, czyli własna instrukcja obsługi
Jak przyznaje w rozmowie z Małgorzatą Serafin, jego znajomi uważają go za „najbardziej zorganizowanego ADHD-owca na świecie”. To określenie dobrze oddaje paradoks, z którym mierzy się wiele osób neuroatypowych: trudności w jednym obszarze nie przekreślają możliwości osiągania świetnych rezultatów w innym. Vienio zauważa, że kiedy ma pracę do wykonania, potrafi wstać rano wyspany i zająć się zadaniami. Kluczowe znaczenie ma dla niego konkretny cel i odpowiednie przygotowanie do działania.
Trudności z koncentracją często pozostają niewidoczne dla otoczenia. Można sprawiać wrażenie osoby zaradnej, pomysłowej i świetnie odnajdującej się w pracy, a jednocześnie zmagać się z czynnościami, które innym przychodzą bez większego wysiłku.
„W gotowaniu jestem jak w medytacji”
W codziennym życiu łatwo pomylić odpoczynek z bezczynnością. Kiedy głowa nie przestaje pracować, a uwaga wciąż przeskakuje między kolejnymi sprawami, nawet wolny wieczór może stać się kolejnym zadaniem do odhaczenia. Dlatego tak ważne okazują się aktywności, które pozwalają wrócić do chwili obecnej i skupić się na jednej rzeczy.
Dla Vienia taką przestrzenią jest kuchnia. „W gotowaniu jestem jak w medytacji” – mówi, wskazując na czynność, która pozwala mu odnaleźć inny rodzaj skupienia. Przygotowywanie posiłków wymaga zaangażowania zmysłów, uważności i podążania za kolejnymi etapami procesu. Trzeba obserwować, mieszać, próbować, reagować na to, co dzieje się w garnku. Nie wszystko można przyspieszyć, a niektóre rzeczy potrzebują dokładnie tyle czasu, ile potrzebują.
Rodzina, którą zabieramy ze sobą w dorosłość
W rozmowie pojawia się również temat, który dotyczy znacznie szerszej grupy osób niż te zmagające się z ADHD. To rodzinne wzorce, które potrafią kierować naszym życiem długo po tym, gdy wyprowadzimy się z domu i zaczniemy podejmować samodzielne decyzje. Możemy zmienić miasto, pracę, partnera czy sposób spędzania wolnego czasu, a mimo to wciąż odtwarzać podobne scenariusze.
„My nosimy rodzinę w sobie” – zauważa Vienio. Interesuje go, w jaki sposób przejmujemy zachowania i przekonania wyniesione z domu rodzinnego, często bez świadomości, że w ogóle to robimy. Nie zawsze powielamy je dlatego, że się z nimi zgadzamy. Niekiedy po prostu znamy je najlepiej, a to, co oswojone, potrafi wydawać się bezpieczniejsze od czegoś zupełnie nowego.
Nie oznacza to, że przeszłość musi zdeterminować przyszłość. Uświadomienie sobie powtarzających się mechanizmów może być pierwszym krokiem do zmiany. Wymaga jednak zatrzymania się i zadania sobie pytań: dlaczego wybieram właśnie takie osoby? Co sprawia, że zostaję w relacji, która mnie rani? Czy to, co nazywam miłością, rzeczywiście mi służy, czy raczej przypomina coś, co znam od dawna?
Vienio przywołuje przykład znajomej, która kolejny raz wchodzi w relacje z mężczyznami wykorzystującymi ją, okradającymi i porzucającymi. Patrząc z boku, widzi powtarzalność tego scenariusza i zastanawia się, dlaczego tak trudno go przerwać. „Kurde, jak szkoda, że ona tak ma. Wejdź, wsadź tam łapę” – mówi i dotyka trudnego pytania: co robimy, kiedy widzimy, że bliska osoba kolejny raz podejmuje decyzje, które ją ranią?
Rozmowa Vienia z Małgorzatą Serafin w podcaście „W czułym zwierciadle” prowadzi więc do pytań, które dotyczą zarówno naszej relacji z samymi sobą, jak i z innymi ludźmi. Jak rozpoznać własne potrzeby?
„Można utyć z nieprzeżywania złości”. Ela Lange o tym, co próbujemy zagłuszyć jedzeniem | „Ciało obce” odc. 1
2026/10/23
„Łatwiej otworzyć drzwi do lodówki niż do własnego życia”” – mówi psycholożka Elżbieta Lange w podcaście „Ciało obce”, który prowadzi Anna Augustyn-Protas. Za kompulsywnym podjadaniem, wieczornymi wizytami w lodówce i nieustanną walką o szczupłą sylwetkę może kryć się coś więcej niż brak silnej woli. Niewypowiedziany gniew, samotność, niezaspokojona potrzeba bliskości, a nawet lęk przed własną radością. Co się dzieje, kiedy jedzenie staje się sposobem na radzenie sobie z życiem, a ciało zaczyna opowiadać historię, której nie potrafimy wypowiedzieć na głos?
Od dziewczynek wciąż oczekuje się, że będą miłe, opanowane i bezproblemowe. Nie wypada podnosić głosu, trzaskać drzwiami ani otwarcie protestować. Lepiej ustąpić, przemilczeć, nie robić kłopotu. Złość? Najlepiej schować ją głęboko, żeby nikogo nie urazić. Problem w tym, że emocje nie znikają tylko dlatego, że nauczyłyśmy się ich nie pokazywać. W rozmowie z Anną Augustyn-Protas psycholożka Elżbieta Lange zwraca uwagę, że szczególnie kobiety mają trudność z przeżywaniem trudnych stanów, ponieważ od najmłodszych lat uczone są, by być grzeczne, a nie „histeryczne”.
„Zapieczonym gniew”Emocje nie są czymś, czym można dowolnie sterować za pomocą racjonalnych postanowień. Stanowią fizjologiczną reakcję na sytuację, w której się znajdujemy, i pomagają nam rozpoznać, czy nasze potrzeby oraz granice są respektowane. Złość może informować, że ktoś nas krzywdzi, ignoruje albo oczekuje od nas więcej, niż jesteśmy gotowe dać. Jeżeli jednak od dzieciństwa nie dostajemy przyzwolenia na jej wyrażanie, uczymy się odcinać od własnych sygnałów.
Lange nazywa taki stan „zapieczonym gniewem”. To złość, której nie rozpoznajemy albo której nie pozwalamy sobie przeżyć. Zdaniem psycholożki może ona znajdować ujście w relacji z jedzeniem. Pojawia się wtedy pytanie, czy za niektórymi nawykami żywieniowymi nie stoi wcale głód, lecz emocje, których nie umiemy nazwać.
Czy można utyć ze złości?Kiedy Anna Augustyn-Protas pyta, czy można przytyć ze złości, Lange odpowiada przewrotnie, że problemem może być właśnie złość nieprzeżyta. Nie chodzi o prostą zależność, w której gniew automatycznie przekłada się na dodatkowe kilogramy. Psycholożka zwraca uwagę na mechanizm tłumienia emocji i szukania sposobów, by poradzić sobie z napięciem, którego nie potrafimy rozładować w inny sposób.
Złość mobilizuje organizm do działania. Często odczuwamy ją w rękach, nogach czy okolicach miednicy, ponieważ wiąże się z impulsem, by tupnąć, uderzyć w stół, krzyknąć albo odejść. Kiedy nie możemy zareagować, napięcie pozostaje. Zamiast powiedzieć „nie zgadzam się”, zaciskamy zęby, uśmiechamy się i robimy swoje. Czasem kończy się to wybuchem, czasem skierowaniem agresji przeciwko sobie.
Lange opisuje dwa sposoby, w jakie może przejawiać się niewyrażona złość. Pierwszym jest autoagresja, która może wiązać się z zachowaniami szkodliwymi dla nas samych. Drugim – nadmiar gniewu, przez który łatwo tracimy panowanie nad reakcjami i zyskujemy opinię osób z krótkim lontem. Żaden z tych wariantów nie oznacza, że wystarczy wyrazić złość, by rozwiązać wszystkie problemy. Pokazuje jednak, jak ważne jest rozpoznawanie emocji, zanim przejmą kontrolę nad naszym zachowaniem.
Czekolada nie pyta, czekolada rozumie
Jedzenie ma nad nami pewną przewagę: jest dostępne niemal od ręki. Nie wymaga trudnej rozmowy, konfrontacji ani ryzyka, że ktoś nas odrzuci. Wystarczy otworzyć szafkę, sięgnąć po przekąskę i na chwilę poczuć ulgę. Jak wyjaśnia Lange, jedzenie może regulować emocje, ponieważ wiąże się z odczuwaniem przyjemności i pomaga na moment odsunąć od siebie nieprzyjemne stany.Kiedy jedzenie zaczyna rządzić
Jak rozpoznać, że sięganie po jedzenie jest sposobem radzenia sobie z emocjami, który wymknął się spod kontroli? W nowym podcaście „Ciało obce” Anna Augustyn-Protas rozmawia z psycholożką Elżbietą Lange o jedzeniu, które staje się sposobem na radzenie sobie ze stresem, samotnością i niewyrażoną złością.
„Pierwszej żonie oświadczyłem się po pięciu dniach”. Cezary Smorszczewski o swoim ADHD i „mózgu łowcy” | „Soft power” odc. 3
2026/10/22
„Mam swój protokół jedzenia. Moje ADHD widać, słychać i czuć” - mówi Cezary Smorszczewski w podcaście „Soft power”. Czy skuteczny biznesmen to przede wszystkim człowiek, który umie dostrzec okazję tam, gdzie inni widzą katastrofę? Czy odmowy uczą więcej niż sukcesy? Co napędza go po 60-tce, skoro biologicznie ma 42 lata?
W biznesie liczą się kompetencje, informacje i kapitał. Ale jest jeszcze coś, czego nie da się łatwo wpisać do arkusza kalkulacyjnego: relacje. Ich wartość nie zawsze ujawnia się od razu, a ludzie, których spotykamy na początku drogi, mogą odegrać ważną rolę wiele lat później.
Smorszczewski zwraca uwagę, że nigdy nie wiadomo, co okaże się przydatne ani która znajomość przetrwa próbę czasu. Dlatego radzi, by angażować się w to, co robimy tu i teraz, i budować relacje bez założenia, że natychmiast przyniosą konkretną korzyść. W przyszłości mogą okazać się ważniejsze, niż dziś przypuszczamy.
W jego opowieści pojawia się też osobisty wątek: pierwszą żonę poznał na studiach, a oświadczył się jej już po pięciu minutach. To historia, która może zaskakiwać w świecie, gdzie decyzje analizuje się w nieskończoność, a ryzyko próbuje się wyeliminować z każdego obszaru życia.
Praca przez 2,5 godziny dziennie?
W kulturze sukcesu długie godziny pracy wciąż bywają traktowane jak dowód zaangażowania. Im bardziej napięty kalendarz, tym łatwiej uwierzyć, że robimy coś ważnego. Smorszczewski opowiada jednak, że szukał pracy, w której mógłby pracować zaledwie dwie i pół godziny dziennie – i taką znalazł.
Ta deklaracja brzmi przewrotnie, zwłaszcza w zestawieniu z jego wspomnieniami o okresach intensywnej aktywności zawodowej. Jak przyznaje, zdarzało mu się zaczynać pracę o siódmej rano i kończyć dopiero o dwudziestej pierwszej. Długie godziny nie są jednak same w sobie dowodem efektywności, podobnie jak skrócenie czasu pracy nie musi oznaczać mniejszych ambicji.
Seks, sen, sport i sukces
Smorszczewski określa swoje najważniejsze motywatory jako „trzy S” albo „cztery S”. W jego wersji są to seks, sen, sport i sukces. Ten zestaw mówi sporo o podejściu do życia, w którym ambicja zawodowa nie musi wykluczać przyjemności, sprawności fizycznej ani troski o organizm.
Jednocześnie biznesmen przyznaje, że ze snem jest u niego najtrudniej. Wspomina o intensywnych okresach pracy i przekonaniu, że potrafi funkcjonować po zaledwie czterech czy pięciu godzinach snu. Jak mówi, odkrył u siebie wariant genetyczny, który ma pozwalać mu na pełną regenerację mimo krótkiego odpoczynku.
Takie doświadczenie nie powinno jednak stawać się uniwersalną wskazówką. Potrzeba snu jest indywidualna, ale przekonanie o wyjątkowej odporności nie zastępuje rzetelnej oceny stanu zdrowia. To, że ktoś dobrze funkcjonuje przy krótszym śnie, nie oznacza, że podobny model będzie bezpieczny dla innych.
Najpierw warzywa, potem białko
Jednym z obszarów, w których Smorszczewski wprowadził własne zasady, jest odżywianie. Opisuje swój protokół jedzenia: zaczyna posiłek od zielonych warzyw i błonnika, następnie sięga po białko i tłuszcz, a na końcu – zamiast deseru, który kiedyś jadł – wybiera kromkę chleba z oliwą.
Taki sposób komponowania posiłku odwołuje się do zainteresowania kolejnością spożywania produktów i jej możliwym wpływem na odpowiedź glikemiczną. Obecność warzyw i błonnika w diecie jest korzystnym elementem zdrowego odżywiania, choć efekty konkretnego protokołu zależą od całego jadłospisu, stanu zdrowia i indywidualnych potrzeb. Nie istnieje jeden zestaw zasad, który będzie optymalny dla każdego.
„Nigdy” i „zawsze”
W rozmowie o sukcesie łatwo szukać jednej zasady, która wyjaśni wszystko: odpowiedniego nastawienia, konkretnej strategii albo wyjątkowej cechy charakteru. Smorszczewski proponuje jednak podejście znacznie mniej kategoryczne. „Nie ma słowa »nigdy« i »zawsze«” – podkreśla.
„Ostatni posiłek o 19 i papierowa książka”. Dr Tadeusz Oleszczuk o rytuałach na dobry sen i długowieczność | „Ukryte piękno”. odc. 37
2026/10/20
„Organizm chce być zdrowy, on się adaptuje do tego, co mu robimy” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk, ginekolog i autor książki „Kod długowieczności” wydanej przez Zwierciadło. W rozmowie z Dominiką Bagińską, dziennikarką, w podcaście „Ukryte piękno” wyjaśnia, dlaczego codzienne nawyki mają znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać, co cukier robi z naszą skórą i dlaczego sen nie staje się mniej ważny tylko dlatego, że przybywa nam lat. Dobra wiadomość? Nie trzeba wywracać życia do góry nogami, żeby zacząć o siebie dbać.
Kiedy myślimy o długowieczności, łatwo wyobrazić sobie skomplikowane badania, kosztowne terapie, specjalistyczne suplementy i rygorystyczne plany treningowe. Tymczasem fundamenty zdrowego starzenia się są znacznie bliżej: w kuchni, sypialni i codziennym rozkładzie dnia. To, jak śpimy, co jemy i ile się ruszamy, może mieć większe znaczenie dla naszego samopoczucia, niż sugerują modne recepty na wieczną młodość.
Dr n. med. Tadeusz Oleszczuk zwraca uwagę, że na zmianę nawyków nigdy nie jest za późno. „Nie ma momentu, kiedy nie warto zacząć” – mówi w rozmowie z Dominiką Bagińską. Nie musimy czekać na nowy rok, okrągłe urodziny ani diagnozę, która zmusi nas do zatrzymania się. Możemy zacząć od jednej decyzji podjętej dzisiaj.
Takie podejście pozwala też inaczej spojrzeć na dbanie o siebie. Zamiast traktować je jak kolejny projekt do zrealizowania, warto pomyśleć o nim jak o codziennej inwestycji w przyszłość. Nie chodzi o to, by kontrolować każdy parametr organizmu i walczyć z każdym śladem upływającego czasu. Chodzi o stworzenie warunków, w których ciało ma szansę jak najdłużej sprawnie funkcjonować.
Cukier i skóra. Co kryje się za procesem starzenia?
Zmarszczki, utrata jędrności skóry i zmieniający się owal twarzy to naturalne elementy starzenia. Nie oznacza to jednak, że na kondycję skóry nie mamy żadnego wpływu. Jednym z czynników, na które warto zwrócić uwagę, jest nadmiar cukru w diecie.
„Można tak powiedzieć” – odpowiada dr Oleszczuk, kiedy rozmowa schodzi na związek cukru z przyspieszonym starzeniem. Wyjaśnia, że istotnym procesem jest glikacja, czyli reakcja, w której cukry łączą się z białkami, między innymi z kolagenem. W efekcie powstają związki mogące niekorzystnie wpływać na właściwości tkanek. Kolagen odpowiada za sprężystość i strukturę skóry, dlatego procesy uszkadzające jego włókna mają znaczenie także dla jej wyglądu.
W praktyce oznacza to, że troska o cerę nie musi ograniczać się do kosmetyków i zabiegów. Znaczenie ma również to, co trafia na talerz. Ograniczenie słodyczy, słodzonych napojów i innych źródeł cukrów dodanych może być elementem dbania zarówno o zdrowie metaboliczne, jak i o skórę.
Nie chodzi przy tym o ogłoszenie wojny każdemu produktowi zawierającemu cukier ani o obiecywanie, że zmiana jadłospisu zatrzyma czas. Starzenie jest procesem złożonym, a kondycja skóry zależy od wielu czynników, w tym genów, ekspozycji na promieniowanie UV, palenia tytoniu i codziennej pielęgnacji. Warto jednak pamiętać, że na część z nich mamy wpływ. Czasem pierwszym krokiem do lepszego samopoczucia jest nie kolejny produkt na półce w łazience, ale uważniejsze przyjrzenie się własnym przyzwyczajeniom.
Dlaczego po posiłku chce nam się spać?
Sen to jeden z filarów zdrowia, choć wciąż łatwo potraktować go jak luksus, z którego można zrezygnować, gdy dzień okazuje się zbyt krótki. W rozmowie pojawia się również mit, że wraz z wiekiem potrzebujemy mniej snu. Dominika Bagińska przywołuje to przekonanie, a dr Oleszczuk stanowczo je podważa.
Jednym z wątków, na które zwraca uwagę, jest senność pojawiająca się po jedzeniu. Jak wyjaśnia, może ona towarzyszyć zaburzeniom gospodarki glukozowo-insulinowej, w tym insulinooporności. Jeśli po kolejnych posiłkach regularnie ucinamy sobie kilkunastominutowe drzemki, w ciągu dnia może uzbierać się nawet godzina lub dwie snu. Wieczorem presja snu bywa wtedy mniejsza, co może utrudniać zasypianie o zwykłej porze.
„Starzenie to negocjacja z własnym ego”. Co się dzieje z parą, gdy on ma andropauzę, a ona menopauzę? | „Ukryte piękno”. odc. 36
2026/10/19
- Często pomija się aspekt emocjonalny, a sprowadza się andropauzę do tego, że mężczyzna zmienia partnerkę na młodszą albo kupuje czerwone auto – mówi Marta Bem, menedżerka projektu w Kulczyk Foundation. Zmiany hormonalne, spadek libido, zmęczenie, lęk przed utratą atrakcyjności i pytania o sens dalszego życia nie muszą jednak oznaczać końca bliskości. W podcaście „Słowo do słowa”, Joanny Brodzik, przyglądamy się temu, co dzieje się z kobietą i mężczyzną, gdy oboje wchodzą w nowy etap życia. Sponsorem odcinka jest Kulczyk Foundation.
W przypadku kobiet menopauza wciąż bywa opisywana jako utrata: młodości, atrakcyjności, płodności, a niekiedy także społecznej widzialności. Mężczyźni z kolei mierzą się z przekonaniem, że powinni pozostawać silni, sprawni i gotowi do działania bez względu na wiek. Przyznanie się do zmęczenia, obniżonego nastroju czy spadku zainteresowania seksem może być dla nich trudne, ponieważ stoi w sprzeczności z wyobrażeniem męskości, które wynieśli z domu i kultury.
Marta Bem zwraca uwagę, że w rozmowie o andropauzie często zatrzymujemy się na stereotypowych obrazkach. Mężczyzna zmienia partnerkę na młodszą albo kupuje czerwone sportowe auto, jakby w ten sposób próbował odzyskać utraconą młodość.
Andropauza, czyli trudna rozmowa z samym sobą
Zmiany hormonalne u mężczyzn mają inny przebieg niż menopauza u kobiet. Stężenie testosteronu zwykle stopniowo obniża się wraz z wiekiem, choć tempo tych zmian jest indywidualne i nie każdy mężczyzna doświadcza ich w ten sam sposób. Sam wiek nie wystarcza, by rozpoznać niedobór testosteronu, a objawy takie jak zmęczenie, obniżony nastrój czy spadek libido mogą mieć wiele przyczyn. Właśnie dlatego warto patrzeć na ten etap szerzej niż wyłącznie przez pryzmat biologii.
Marta Bem ujmuje ten proces w mocnych słowach: „Andropauza to negocjacja z własnym ego”. Trudno przyznać, że zmieniają się nasze możliwości, że coraz mniej rzeczy sprawia nam przyjemność albo że wstanie z kanapy wymaga wysiłku, którego wcześniej nie znaliśmy. Jeszcze trudniej powiedzieć na głos, że tracimy energię, nie wiemy, dokąd zmierzamy, i nie potrafimy odnaleźć się w nowej sytuacji. Mężczyzna, który przez lata był przyzwyczajony do samodzielności i sprawczości, może odbierać te doświadczenia jako osobistą porażkę, a nie naturalny sygnał, że potrzebuje przyjrzeć się swojemu zdrowiu i emocjom.
Menopauza to nie koniec kobiecości
Kobiety również często wchodzą w okres zmian hormonalnych z poczuciem, że powinny sobie poradzić bez narzekania. Wahania nastroju, problemy ze snem, uderzenia gorąca, trudności z koncentracją czy zmiany w sferze seksualnej mogą wpływać na codzienne funkcjonowanie. Nie każda kobieta doświadcza wszystkich tych objawów, a ich nasilenie bywa różne. Kiedy jednak pojawiają się w pracy, w domu i w relacji, trudno udawać, że dotyczą wyłącznie prywatnego życia.
Dodatkowym obciążeniem jest kulturowy przekaz, według którego kobieca atrakcyjność pozostaje nierozerwalnie związana z młodością. W efekcie naturalne zmiany w ciele mogą być odczytywane jak coś, czemu należy się przeciwstawić, a nie jak etap, do którego można się przygotować i w którym można szukać wsparcia. Do tego dochodzi obawa, że mniejsza ochota na seks zostanie uznana przez partnera za odrzucenie, a potrzeba odpoczynku – za brak zainteresowania wspólnym życiem.
Co się dzieje, kiedy oboje przechodzą zmianę?
Wyobraźmy sobie parę, która przez lata wypracowała własny rytm. Jedno odpowiada za część obowiązków, drugie za pozostałe; oboje wiedzą, czego mogą od siebie oczekiwać. Aż pewnego dnia dotychczasowy układ zaczyna się chwiać. Ona potrzebuje więcej spokoju, ponieważ źle śpi i szybciej się męczy. On zamyka się w sobie, bo nie umie nazwać własnego niepokoju. Jedno odbiera zachowanie drugiego jako obojętność, drugie czuje się niezrozumiane. Z pozoru drobne nieporozumienia zaczynają urastać do rangi poważnych konfliktów.
„Od lat się bujam z depresjuszką”. Filip Cembala szuka cembalansu, ale bywa w cembalaście | „Słowo do słowa”, odc. 14
2026/10/16
- Jeszcze dwa lata temu najnudniejsze słowa to było „spacer po lesie", teraz codziennie jestem w lesie, las mnie uratował - mówi Filip Cembala, aktor, wokalista i pisarz. W rozmowie z Joanną Brodzik w podcaście „Słowo do słowa” opowiada o życiu w nieustannym napięciu, trudnościach z odpoczywaniem i potrzebie bycia wystarczająco dobrym. Bo co, jeśli największym luksusem naszych czasów nie jest kolejny sukces, egzotyczna podróż ani wolny weekend, lecz kilka minut, w których nie musimy niczego udowadniać? Może zamiast kolejnego planu naprawczego potrzebujemy po prostu trochę mniej od siebie wymagać. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.
Współczesne zmęczenie nie zawsze wynika z liczby przepracowanych godzin. Czasem bardziej wyczerpuje nas nieustanna gotowość: do odpowiadania na wiadomości, przyswajania informacji, reagowania na kolejne bodźce i pozostawania w kontakcie ze światem, który nie zna przycisku pauzy. Nawet wolna chwila szybko wypełnia się ekranem telefonu, a cisza zaczyna przypominać przestrzeń, którą trzeba czymś zagospodarować.
Filip Cembala zna ten mechanizm z własnego doświadczenia.
Aktor mówi również o ADHD i związanych z nim trudnościach z funkcjonowaniem w chwilach, kiedy nic się nie dzieje. Zamiast poczucia ulgi pojawia się niepokój, jakby bezczynność była czymś, co trzeba przetrwać. „Osobom z ADHD, do których należę, trudno funkcjonować, gdy nic się nie dzieje, po prostu odpoczywać, traktuję takie momenty jak więzienie” – wyznaje.
Self-care, który męczy
Mamy dziś dostęp do niezliczonych porad dotyczących dobrostanu. Możemy planować poranki, optymalizować sen, ćwiczyć uważność, mierzyć aktywność i szukać coraz skuteczniejszych sposobów na regenerację. Problem w tym, że łatwo zamienić dbanie o siebie w kolejny projekt, w którym trzeba osiągać wyniki. Nawet relaks może stać się źródłem frustracji, jeśli nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Cembala zauważa, że odpoczynek coraz częściej traktujemy jak zadanie do odhaczenia. Sam nie uważa się za człowieka, który posiadł umiejętność spokojnego przeżywania wolnego czasu. Przeciwnie, otwarcie przyznaje, że dopiero się tego uczy. I nie mówi tego z pozycji kogoś, kto nie zna ciężaru obowiązków. Przypomina, że jego rodzice pracowali bardzo ciężko: mama była nauczycielką, tata wykonywał pracę fizyczną.
W tym wyznaniu pobrzmiewa coś więcej niż osobisty kłopot z organizacją czasu. Odpoczywanie bywa trudne również dlatego, że wynosimy z domu określone przekonania o pracy, obowiązku i wartości człowieka. Jeśli przez lata uczymy się, że należy być zajętym, pożytecznym i wytrwałym, chwila bezczynności może budzić poczucie winy. Jakbyśmy musieli zasłużyć na prawo do odpoczynku.
„Cembalans” i „cembalast”
Filip Cembala potrafi opowiadać o sprawach trudnych z autoironią, która rozbraja, ale nie unieważnia emocji. Swoje poszukiwania równowagi opisuje za pomocą charakterystycznej gry słów: „Szukam cembalansu, bywam w cembalansie, a czasem w cembalaście”. W tym językowym żarcie kryje się całkiem poważna obserwacja. Równowaga nie jest stanem, który raz osiągamy i możemy już spokojnie uznać za załatwiony. Czasem jesteśmy bliżej siebie, czasem znów gubimy grunt pod nogami.
W rozmowie z Joanną Brodzik pojawia się również wątek wysokiej wrażliwości i ADHD. To doświadczenia, które mogą wpływać na sposób przeżywania codzienności, reagowania na bodźce czy radzenia sobie z napięciem. Nie muszą jednak definiować całej tożsamości człowieka ani oznaczać, że istnieje jeden właściwy sposób na funkcjonowanie.
Być może dlatego tak ważne jest szukanie rozwiązań dopasowanych do siebie, zamiast bezrefleksyjnego powielania cudzych recept. Dla jednej osoby odpoczynkiem będzie spotkanie z przyjaciółmi, dla innej samotność. Jedna potrzebuje ruchu, druga ciszy. Nie ma powodu, by każdą z tych potrzeb oceniać według uniwersalnej miary.
Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.
„Fryzjerka odmówiła usługi 90-letniej teściowej”. Po co nam starość i czemu traktujemy ją jako chorobę? | „Kultura i inne przyjemności”
2026/10/15
„Starość jest czasami traktowana jak choroba” – zauważa psycholożka Justyna Dąbrowska. W świecie, który gloryfikuje młodość, sprawność i nieustanną produktywność, ludzie starsi zbyt łatwo stają się niewidzialni. O tym, dlaczego boimy się starzenia, skąd bierze się społeczna niechęć do starości i co możemy dostrzec, gdy przestaniemy odwracać wzrok, rozmawiają w podcaście „Kultura i inne przyjemności” Zofii Fabjanowskiej Justyna Dąbrowska i Julia Rogowska, reżyserka filmu „Czas, który nie nadszedł”. Sponsorem odcinka jest Next Film jest dystrybutor filmu „Czas, który nie nadszedł".
Młodość stała się czymś więcej niż etapem życia. To dziś również obietnica atrakcyjności, niezależności i społecznej akceptacji. Z kolei starość, choć jest jednym z najbardziej naturalnych doświadczeń człowieka, wciąż bywa przedstawiana jako problem, któremu należy zaradzić. Wystarczy przyjrzeć się językowi, jakim o niej mówimy: staramy się ją opóźniać, ukrywać, zwalczać. Jakby upływ czasu był osobistą porażką, a nie wspólnym ludzkim losem.
W rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura Zwierciadła, psycholożka Justyna Dąbrowska zwraca uwagę, że niechęć do starości nie kończy się na deklaracjach czy estetycznych preferencjach.
Nie science fiction, lecz krzywe zwierciadło
Właśnie takie mechanizmy interesują Julię Rogowską, reżyserkę filmu „Czas, który nie nadszedł”. Jak podkreśla twórczyni, nie jest to opowieść science fiction, lecz historia osadzona w rzeczywistości, tyle że pokazanej w krzywym zwierciadle. Ten zabieg pozwala przyjrzeć się znanym zjawiskom z innej perspektywy i zobaczyć wyraźniej to, co na co dzień łatwo zbagatelizować.
Nie trzeba futurystycznych technologii ani fantastycznych scenariuszy, żeby opowiedzieć o świecie, w którym wiek zaczyna wyznaczać granice społecznej akceptacji. Wystarczy przesunąć akcenty, wyostrzyć pewne tendencje i doprowadzić je do konsekwencji, o których zwykle nie chcemy myśleć. To, co w codziennym życiu uchodzi za niewinną uwagę, praktyczny wybór czy rozsądne rozwiązanie, w odpowiednim świetle może odsłonić znacznie bardziej niepokojący sens.
Rogowska zaznacza, że „Czas, który nie nadszedł” nie opowiada o odległej, abstrakcyjnej przyszłości. Jego punkt wyjścia tkwi w rzeczywistości, którą znamy. Dzięki temu film staje się nie tylko opowieścią o starzeniu, ale również zaproszeniem do przyjrzenia się własnym przekonaniom. Czy naprawdę akceptujemy starość, czy jedynie tolerujemy ją tak długo, jak nie wymaga od nas zmiany przyzwyczajeń? I co się dzieje, gdy człowiek przestaje pasować do wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać, funkcjonować i żyć?
Starość pod lupą
Zdaniem Justyny Dąbrowskiej film pokazuje problem starości niczym szkło powiększające. Przyłożenie lupy do zjawisk obecnych wokół nas pozwala dostrzec ich skalę i konsekwencje. To ważne, bo ageizm, czyli dyskryminacja ze względu na wiek, nie zawsze przybiera postać otwartej wrogości. Często ukrywa się w pozornie neutralnych ocenach, protekcjonalnym tonie, wykluczających decyzjach albo przekonaniu, że starszy człowiek nie potrzebuje już tego samego co inni.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wiek staje się ważniejszy niż osoba. Kiedy przestajemy pytać, czego ktoś chce, co lubi i jak zamierza spędzać czas, a zaczynamy decydować za niego, ponieważ uznajemy, że w pewnym wieku pewne rzeczy już nie przystoją, nie są potrzebne albo nie mają sensu.
Dlaczego tak bardzo boimy się starzenia?
Lęk przed starością nie bierze się wyłącznie z obawy przed zmarszczkami, utratą sił czy pogorszeniem zdrowia. Dotyczy także miejsca, jakie będziemy zajmować w świecie, kiedy przestaniemy spełniać jego wymagania. W społeczeństwie nastawionym na efektywność i tempo łatwo uwierzyć, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić, osiągnąć, wyprodukować i zaoferować innym.
W rozmowie pojawia się zatem pytanie o to, jaką pozycję przyznajemy starszym osobom i co właściwie oznacza dla nas dobre życie. Czy potrafimy myśleć o starości inaczej niż przez pryzmat strat?
„Życie jest fabryką odrzucenia”. Weronika Rosati o Hollywood, ulubionej samotności i cenie niezależności | „Ukryte piękno”. odc. 34
2026/10/13
„Jestem osobą bardzo introwertyczną, nie lubię zamieszania wokół siebie. Jestem typem samotnika i trochę odludka”” – mówi Weronika Rosati w podcaście „Ukryte piękno”. Aktorka, która od lat próbuje budować karierę między Polską a Stanami Zjednoczonymi, dobrze wie, że spełnianie marzeń nie zawsze przypomina filmową opowieść o sukcesie.
Beata Biały pyta aktorkę o Hollywood jako fabrykę odrzucenia. Rosati nie zgadza się jednak, by przypisywać tę właściwość wyłącznie przemysłowi filmowemu. Jej zdaniem odrzucenie jest wpisane w samo życie, a doświadczenia zawodowe w Stanach Zjednoczonych nie zawsze były trudniejsze niż te, które spotykały ją w Polsce.
Aktorka mówi wprost, że w kraju częściej mierzy się z uprzedzeniami i układami. W Stanach Zjednoczonych ma natomiast poczucie, że może zaczynać z czystą kartą. Nie oznacza to, że tamtejszy rynek jest wolny od rywalizacji czy rozczarowań. Różnica polega na tym, jak interpretuje przeszkody i czy widzi w nich rezultat własnych decyzji, czy mechanizmów, na które nie ma wpływu.
„Odrzucenie mnie nawet nie boli, mnie boli niesprawiedliwe odrzucenie” – wyznaje Rosati. To rozróżnienie mówi wiele o jej podejściu do kariery. Odmowa jest częścią zawodowego ryzyka, szczególnie w branży, w której o angażu decydują nie tylko talent i przygotowanie, lecz dziesiątki okoliczności.
O krok od wielkich ról
W karierze aktorki nie brakowało momentów, w których wydawało się, że kolejne zawodowe drzwi otwierają się jednocześnie. Rosati wspomina okres po wypadku, kiedy na ekranach pojawiały się produkcje z jej udziałem, a zainteresowanie jej osobą rosło zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Wśród projektów wymienia serial Michaela Manna z Dustinem Hoffmanem, film z Sylvestrem Stallone’em oraz „Obławę”, w której wystąpił także Michael Douglas.
Al Pacino, Robert De Niro - koledzy z pracy
W rozmowie pojawiają się także nazwiska, które dla wielu aktorów pozostają symbolami niedoścignionego mistrzostwa. Beata Biały pyta Rosati o Ala Pacino, z którym poznała się dwadzieścia lat temu podczas kolacji. Aktorka nie chce jednak opowiadać o nim szerzej. Podkreśla, że znają się prywatnie, a on sam bardzo chroni swoją prywatność. W jej opowieści nie ma miejsca na budowanie sensacji wokół znajomości z gwiazdą.
Kiedy rozmowa schodzi na cechy łączące artystów, którzy przez dekady utrzymują się na szczycie, Rosati wskazuje przede wszystkim osobowość. Jej zdaniem największe nazwiska kina wyróżnia silna, niepowtarzalna indywidualność. Wspomina, że Pacino najchętniej grałby Szekspira, podczas gdy Robert De Niro, obok talentu artystycznego, ma również zmysł biznesowy.
Samotność to nie zawsze smutek
Choć zawodowo funkcjonuje w świecie, który nieustannie przyciąga uwagę, prywatnie Rosati określa siebie jako introwertyczkę. Nie przepada za zamieszaniem wokół własnej osoby, a najlepiej czuje się jako samotniczka i, jak sama żartobliwie przyznaje, trochę odludek. Ten obraz może zaskakiwać w przypadku aktorki, której praca polega na obecności przed kamerą i funkcjonowaniu w przestrzeni publicznej.
Nie ma jednak sprzeczności między potrzebą prywatności a wykonywaniem zawodu, który wystawia człowieka na ocenę. Można lubić scenę, a jednocześnie nie chcieć, by każdy aspekt życia stawał się przedmiotem zainteresowania innych. Można też cenić niezależność i potrzebować czasu spędzanego w samotności, bez konieczności tłumaczenia się z własnych wyborów.
„Niezależna kobieta wciąż jest szemrana”
Wizerunek Rosati to wizerunek kobiety silnej, ambitnej i samodzielnej. Aktorka wychowuje córkę, rozwija karierę i nie ukrywa, że nie zawsze jest jej łatwo. Kiedy Beata Biały pyta, czy pozwala sobie na momenty słabości, Rosati odpowiada z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością: owszem, czasem przez pięć minut ma dość, ale potem przypomina sobie o obowiązkach. Trzeba włączyć pralkę, wykonać telefon, zająć się kolejną sprawą. Życie nie zatrzymuje się tylko dlatego, że człowiek potrzebuje chwili wytchnienia.
„Lęk nie jest prognozą”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z kryzysu? | „Kryzys wieku każdego” odc. 2
2026/10/09
„Kryzys jest takim ciekawym momentem, kiedy zwykłe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością nie wystarczają” – mówi prof. Robert Kowalczyk, psycholog w podcaście „Kryzys wieku każdego” z prof. Katarzyną Waszyńską, psycholożką i Ewą Podsiadły-Natorską, dziennikarką. I choć słowo „kryzys” najczęściej kojarzy nam się z czymś, co trzeba jak najszybciej zażegnać, psychologia proponuje inne spojrzenie. Kryzys może być trudny, destabilizujący, pełen lęku i niepewności, ale może też stać się momentem, w którym przestajemy działać automatycznie i zaczynamy sprawdzać, czego właściwie potrzebujemy.
Nie istnieje jeden uniwersalny moment życia, w którym kryzys ma prawo się pojawić. Może przyjść po utracie pracy, rozstaniu, chorobie czy zmianie sytuacji rodzinnej. Ale równie dobrze może pojawić się wtedy, gdy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Człowiek ma rodzinę, pracę, stabilność finansową, osiągnięcia, a mimo to zaczyna zadawać sobie pytania, których wcześniej nie chciał albo nie musiał zadawać.
Kryzys nie pyta o metrykę
Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że kryzys obejmuje nie tylko spektakularne życiowe przełomy. Psychologicznie ważne są również okresy „pomiędzy” – momenty przejścia z jednego etapu w drugi, takie jak dojrzewanie czy kolejne zmiany związane z dorosłością. Właśnie wtedy mogą pojawić się niepewność i lęk, ale jednocześnie otwiera się możliwość spojrzenia na swoje życie z nowej perspektywy.
Dlatego kryzys nie zawsze oznacza, że coś w naszym życiu poszło nie tak. Czasami oznacza po prostu, że dotychczasowy sposób funkcjonowania przestał wystarczać.
„Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to”
Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest kryzys egzystencjalny. Można go długo przeżywać po cichu, ponieważ nie musi być związany z żadnym konkretnym wydarzeniem. W gabinecie prof. Katarzyny Waszyńskiej pojawił się 48-letni pacjent, który miał rodzinę i majątek, a więc – jak sam uważał – wszystko, o czym wcześniej marzył. Problem polegał na tym, że zaczął pytać siebie, po co mu to wszystko, kim właściwie jest i czy jest szczęśliwy.
Takie pytania potrafią być bardziej destabilizujące niż zewnętrzny kryzys, bo nie da się na nie odpowiedzieć prostą decyzją. Nie wystarczy zmienić pracy, przeprowadzić się czy zakończyć związku. Trzeba przyjrzeć się własnym wartościom, potrzebom i wyobrażeniu o tym, jak miało wyglądać dobre życie.
I właśnie dlatego – jak zauważa prof. Kowalczyk – do gabinetu można trafić zarówno wtedy, gdy kryzys już trwa, jak i wtedy, gdy dopiero czujemy, że zbliża się jakaś zmiana. Motywacja może być wewnętrzna: zauważamy, że stare sposoby radzenia sobie nie działają. Może też przyjść z zewnątrz, gdy bliscy widzą, że utknęliśmy w schemacie, którego sami nie potrafimy dostrzec.
Czy naprawdę jesteśmy w kryzysie?
W epoce, w której psychologia stała się językiem codzienności, łatwo nazwać niemal każdą trudność kryzysem. Tymczasem prof. Katarzyna Waszyńska przypomina, że „nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową”. To ważne rozróżnienie, szczególnie gdy mamy skłonność do analizowania każdej emocji i każdego spadku formy.
Prof. Robert Kowalczyk idzie krok dalej. Jego zdaniem z perspektywy osoby, która cierpi, samo nazwanie sytuacji nie zawsze jest najważniejsze. Diagnoza ma przede wszystkim pomóc terapeucie dobrać odpowiednie narzędzia. W kulturze, w której psychologiczne pojęcia coraz częściej opisują nasze codzienne doświadczenia, etykieta może bowiem zarówno przynieść ulgę, jak i dodatkowo obciążyć. Kiedy nazwaliśmy coś „kryzysem”, łatwo zacząć myśleć, że właśnie w kryzysie jesteśmy – i że teraz trzeba koniecznie znaleźć jego przyczynę.
Lęk nie jest prognozą przyszłości
Kryzys bardzo łatwo uruchamia wyobraźnię. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, umysł zaczyna szukać zagrożeń i przewidywać kolejne. Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że niektórym osobom lęk myli się wtedy z przewidywaniem przyszłości.
„Jestem wdzięczna za trudne momenty”. Joanna Jędrzejczyk o psychologicznych grach i zasadzie „jednej doby” | „Soft power” odc. 2
2026/10/08
„Mam różowy kij bejsbolowy przy łóżku i alarm w sypialni. Były długoletni partner chwycił mnie, bo nie chciał zrozumieć, że to koniec. Nie byłam wtedy "J.J.", rozpadłam się na milion kawałków – mówi Joanna Jędrzejczyk w podcaście „Soft power”, Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej. Mistrzyni świata w sportach walki opowiada o cenie sukcesu, sile po porażce, psychologicznej grze w ringu, przemocy w związku i o tym, dlaczego prawdziwa siła nie zawsze musi oznaczać walkę.
Podczas walki w Madison Square Garden straciła pas mistrzowski. Po wszystkim zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym się uśmiechała. Jeden z komentujących nie mógł tego zrozumieć: jak można się uśmiechać po upokorzeniu i utracie tytułu? Odpowiedź Jędrzejczyk była prosta, ale mówi o życiowej perspektywie znacznie więcej niż niejeden poradnik o odporności psychicznej. „Cieszę się, bo żyję, bo mam dwie ręce, a wokół siebie rodzinę” – powiedziała.
Każdy kiedyś zderzy się z ciężarówką
Status, pieniądze, popularność czy sukces nie chronią przed kryzysem. W pewnym momencie życie potrafi odebrać człowiekowi poczucie kontroli, niezależnie od tego, jak dobrze radził sobie wcześniej. Jędrzejczyk opisuje takie doświadczenia bez wielkich słów, za to obrazowo: „Trudne momenty to są takie zderzenia z ciężarówką, które ma każdy, niezależnie od statusu”.
Siła nie zawsze wygląda jak cios
W podcaście „Soft power” widać właśnie ten paradoks: Joanna Jędrzejczyk przez lata budowała swoją pozycję w świecie kojarzonym z fizyczną siłą, a dziś mówi o sile przede wszystkim jako o zdolności do podejmowania decyzji, ponoszenia ich konsekwencji i rozpoznawania własnych granic.
Psychologia od początku była częścią jej sportowego świata. W walce nie chodzi przecież wyłącznie o technikę, kondycję czy siłę mięśni. Jest jeszcze napięcie, strach, ból i próba odczytania przeciwnika. „Czujesz ból i jest gra psychologiczna” – mówi Jędrzejczyk, odpowiadając na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, ile w sportach walki jest psychologicznej rozgrywki.
„Idźcie po swoje”
Jędrzejczyk nie romantyzuje jednak ciężkiej pracy. Jej historia jest mocno związana z ambicją i przekonaniem, że na swoje miejsce trzeba zapracować. „Jeżeli ciężko pracujecie, idźcie po swoje” – mówi. Zaraz dodaje: „Szczęście sprzyja tym, którzy ciężej pracują i więcej ryzykują”.
Biznes, kontrakty i zasada jednej doby
Jedną z zasad, które szczególnie mocno podkreśla, jest samodzielność. Przez lata sama negocjowała swoje kontrakty i nie zamierzała oddawać odpowiedzialności za własne interesy komuś innemu. Jej rada jest prosta i może przydać się znacznie szerzej niż tylko osobom pracującym w sporcie: czytajcie dokumenty, zanim je podpiszecie. „Jeżeli ktoś ci mówi, że masz od razu podpisać jakiś dokument, to odpowiedz, że potrzebujesz doby na zapoznanie się” – radzi.
„Rozpadłam się na milion kawałków”
Najbardziej przejmujący fragment rozmowy dotyczy jednak sytuacji, w której sportowa siła przestała mieć znaczenie. Jędrzejczyk opowiada o doświadczeniu przemocy ze strony byłego długoletniego partnera. Wspomina moment, kiedy mężczyzna chwycił ją, ponieważ nie chciał zaakceptować końca związku.
To doświadczenie pokazuje inną twarz przemocy: taką, o której często trudno mówić, szczególnie osobie przyzwyczajonej do tego, że inni postrzegają ją jako niezwyciężoną. „Nie byłam wtedy »J.J.«, rozpadłam się na milion kawałków” – mówi.
Zareagowała krzykiem, chcąc, żeby usłyszeli ją sąsiedzi. Dziś w sypialni ma alarm, a przy łóżku różowy kij bejsbolowy. Nie opowiada o tym po to, żeby budować kolejny obraz twardej wojowniczki. Przeciwnie – pokazuje moment, w którym nawet osoba znana z siły może poczuć się bezradna i przestraszona.
Jej przesłanie do kobiet jest jednoznaczne. „Dziewczyny, nie dajcie się i pamiętajcie, że taka sytuacja trwa, dopóki nie powiecie »dość«” – mówi. To nie jest opowieść o bohaterskim pokonaniu przeciwnika. To opowieść o odzyskiwaniu prawa do własnych granic.
„Bliskość w pracy jest uwodząca, ale się nie opłaca”. Dr Małgorzata Majewska o kulturze... dowożenia i zastraszania | „Rozmowy z sensem” odc. 1
2026/10/08
„Dowożę, więc jestem” – brzmi jak współczesna wersja kartezjańskiego „myślę, więc jestem”. Tyle że za tym pozornie niewinnym słowem kryje się coś więcej niż zawodowa skuteczność: potrzeba bycia potrzebnym, lęk przed odrzuceniem i przekonanie, że na odpoczynek trzeba sobie najpierw zasłużyć. O tym, co mówi o nas język pracy, rozmawiają w premierowym podcastu „Rozmowy z sensem” Agnieszka Radomska, dziennikarka, oraz dr Małgorzata Majewska, psycholingwistka.
Współczesna kultura pracy stworzyła cały słownik gotowości. „Jestem pod telefonem”. „Jak coś, to pisz”. „Podeślij, zerknę wieczorem”. „Mogę jeszcze dzisiaj dowieźć”. Te zdania brzmią niewinnie, a jednak składają się na bardzo konkretny komunikat: można na mnie liczyć zawsze.
Praca zmieniła znaczeniePandemia przyspieszyła proces, który już wcześniej był widoczny. Praca przestała być wyłącznie miejscem, do którego się chodzi. Stała się czymś, co może być wszędzie: w telefonie, na kanapie, podczas kolacji, w sypialni, w samochodzie między jednym spotkaniem a drugim.
„Język nam pokazuje, że mamy niezgodę na starą narrację, ale ta nowa się jeszcze nie wytworzyła” – mówi psycholingwistka. To trafnie opisuje moment, w którym jesteśmy. Nie chcemy już bezrefleksyjnie powtarzać, że sukces wymaga poświęcenia wszystkiego. Wiemy, że potrzebujemy równowagi, granic i czasu poza pracą. Jednocześnie nadal posługujemy się językiem, który nagradza nieustanną gotowość.
Czy można odmówić bez poczucia winy?
Jednym z najtrudniejszych słów w zawodowym słowniku okazuje się „nie”. Odmowa może być odbierana niemal jak komunikat o zerwaniu relacji: nie chcę, nie zależy mi, nie jestem lojalna, nie jestem wystarczająco zaangażowana.
Dr Majewska mówi o „zdolności negatywnej” – psychologicznej umiejętności wytrzymywania dyskomfortu, niewiedzy i niepewności związanej z tym, jak otoczenie zareaguje na naszą odmowę. To ważne, bo granice nie są magicznym narzędziem, dzięki któremu wszyscy nagle zaczynają je respektować. „Chcą takich złotych rad: jak stawiać granice, żeby nie bolało. Szkopuł w tym, że stawianie granic zawsze boli” – zauważa.
Lęk jako smycz
Władza w pracy nie zawsze mówi językiem rozkazów. Czasem wystarczy sugestia, że powinniśmy być wdzięczni. „Ciesz się, że masz pracę” może brzmieć jak rada, ale może też stać się narzędziem kontroli. Dr Majewska nazywa lęk „smyczą” i podkreśla, że mechanizm ten nie ogranicza się wyłącznie do kultury pracy. Lękiem można zarządzać także w relacjach, rodzicielstwie czy obszarze zdrowia.
Najważniejsze staje się więc nie pytanie, czy powinniśmy się bać, ale co robimy z własnym lękiem. „Teraz piłka jest po mojej stronie, czy ja sobie na to pozwolę, czy nie. Warto zapytać siebie, co mi to robi” – mówi ekspertka.
Pułapka bliskości
Nie chodzi przy tym o stworzenie człowieka, który już niczego się nie boi. Taka wizja byłaby kolejną fantazją o idealnym funkcjonowaniu.
To również zmienia sposób, w jaki możemy rozmawiać sami ze sobą. Zamiast natychmiast uciszać emocję, można spróbować ją usłyszeć. „Nie ma żadnej cudownej recepty na to, jak rozmawiać ze sobą” – mówi dr Majewska. I właśnie ta rezygnacja z kolejnej złotej zasady może być paradoksalnie uwalniająca.
Dr Majewska zwraca uwagę, że kiedy pracownik zaczyna traktować relację z przełożonym jak relację osobistą, może tracić część swojej pozycji negocjacyjnej. Jeśli wiemy, że szefowa właśnie przeżywa trudny moment prywatny, jej problemy mogą zacząć wpływać na to, czy w ogóle poprosimy o podwyżkę. „Po co idziemy do pracy? Żeby zarabiać pieniądze” – przypomina Majewska.
Pytanie dotyczy granicy: czy bliskość pomaga nam funkcjonować, czy zaczyna sprawiać, że rezygnujemy z własnego interesu. Czy lojalność wobec zespołu nie oznacza przypadkiem mniejszej pensji, kolejnych nadgodzin albo zgody na zadania, których nie jesteśmy w stanie wykonać bez kosztów dla życia poza pracą?
„Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”
2026/10/06
„Żaden cel nie jest końcem drogi” – mówi Martyna Wojciechowska w podcaście „Kobiety rządzą" Joanny Olekszyk, redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Podróżniczka wraca do jednej z najtrudniejszych historii swojego życia, opowiada o wypadku, w którym straciła przyjaciela i operatora Rafała Łukaszewicza, o tym, jak po latach zmienia się perspektywa na traumę, i dlaczego największym Everestem okazało się dla niej macierzyństwo. Rozmawiają także o wychowywaniu odważnych dzieci, lęku, który łatwo przekazać kolejnemu pokoleniu, oraz o tym, dlaczego dziś zamiast dawać młodym ludziom rady, Martyna chce przede wszystkim ich słuchać.
Dwadzieścia lat później patrzy na tę historię inaczej
Niektóre wydarzenia nie kończą się w chwili, kiedy fizycznie się kończą. Zostają w pamięci, w ciele, w sposobie podejmowania decyzji. Czasem potrzebują wielu lat, żeby można było opowiedzieć je sobie na nowo. Dla Martyny Wojciechowskiej takim momentem był wypadek z nocy z 20 na 21 października 2004 roku. Wtedy straciła Rafała, swojego przyjaciela i operatora, a sama doznała poważnych obrażeń, w tym złamania kręgosłupa.
Dziś wraca do tamtego doświadczenia z perspektywy osoby o 20 lat starszej. Jak mówi, „historia zaczyna się w dramatycznym dla mnie momencie”, ale tym razem interesuje ją nie tylko to, co wydarzyło się wtedy, lecz także to, jak sama zmieniła się przez kolejne dwie dekady. Wspomina przede wszystkim poczucie bezsilności i pytanie, które długo za nią chodziło: dlaczego to właśnie ona przeżyła? To poczucie, że trzeba światu uzasadnić własne ocalenie, stało się jednym z motorów jej dalszego życia.
Dopiero po latach mogła spojrzeć na tamten czas inaczej. „Przeżywanie traumy wtedy i 20 lat później wyglądało zupełnie inaczej” – mówi. W tamtym momencie nie miała diagnozy depresji, nie potrafiła też nazwać wszystkiego, co się z nią działo. Powrót do historii w książce „20 lat później. Przesunąć horyzont” jest więc nie tyle rozdrapywaniem przeszłości, ile próbą zrozumienia siebie sprzed lat.
Wojciechowska od lat porusza się po świecie, w którym góry są czymś więcej niż tylko geografią. Są językiem, którym można opowiedzieć o życiu. W rozmowie z Joanną Olekszyk przekonuje, że każdy człowiek ma własny Everest – nawet jeśli nigdy nie założył raków i nie stanął na lodowcu.
„Symbolicznym Everestem, o którym piszę w książce, nie musi być koniecznie wypadek, w którym ginie twój przyjaciel, a ty masz załamany kręgosłup. To może być rozwód, utrata pracy i każde inne trudne doświadczenie” – mówi. Ta metafora działa właśnie dlatego, że nie romantyzuje cierpienia. Nie każde życiowe wyzwanie jest spektakularne. Czasem największą górą jest coś, czego z zewnątrz właściwie nie widać.
Podobnie jest z sukcesem. Zdobycie szczytu nie oznacza przecież, że od tej pory wszystko będzie już łatwe. Wojciechowska zauważa, że we wspinaczce można wejść bardzo wysoko, a potem odkryć, że zejście bywa równie wymagające. Na szczycie pojawia się zresztą kolejne pytanie: co dalej? „Mówi się w himalaizmie, że odnieść sukces to przeżyć” – przypomina. A chwilę później pojawia się zdumienie: skoro jestem tutaj, to ile jeszcze przede mną?
Odpowiedź jest prosta i zarazem niewygodna: „żaden cel nie jest końcem drogi”.
Cała prawda o wypełniaczach: jak długo zostają w skórze? Czy zawsze dają efekt pillow face? Rozmowa z dr n.med. Dianą Kupczyńską | „Pod skórą”, odc. 3
2026/10/05
Wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego przeżywają w ostatnim czasie wizerunkowy kryzys. Wielu kobietom zaczęły kojarzyć się z nienaturalnym, przerysowanym wyglądem. Kontrowersje wzbudzają też coraz częstsze doniesienia na temat gromadzenia się wypełniaczy i ich zalegania w tkankach przez lata. Czy jest się czego bać? Wraz z lekarką medycyny estetycznej dr Dianą Kupczyńską ustalamy fakty i mity na temat wypełniaczy.
Skąd się bierze efekt „nadmuchanej” twarzy?
Wypełniacze bazujące na kwasie hialuronowym, choć wciąż chętnie stosowane przez lekarzy medycyny estetycznej, zaczynają tracić popularność wśród pacjentek. Kobiety boją się nienaturalnych efektów po zabiegu, ale i tego, że raz wstrzyknięta substancja zostanie w twarzy już na zawsze. Gościni 3. odcinka podcastu „Pod skórą”, dr n.med. Diana Kupczyńska, nie dziwi się tym obawom.
– Widzimy zarówno wśród rodzimych, jak i zagranicznych gwiazd tak zwany overfilled syndrome. Jest to efekt „dopychania” często dużych objętości mocno sieciowanych preparatów. Takim flagowym przykładem są te wielkie policzki, takie piłeczki pingpongowe, które dają wrażenie, jakby ta skóra na wypełniaczu miała zaraz pęknąć. Dwa, optycznie oczy są wtedy bardzo małe i robi się taka półeczka pod oczami – mówi specjalistka.
Dr Kupczyńska zauważa przy tym, że często problemem nie jest sam preparat, lecz podawanie go przez niekompetentną osobę, przy ignorowaniu naturalnych ograniczeń anatomicznych pacjenta.
– Jeżeli ktoś na jednej sesji ma podane 20-30 mililitrów, objętość dla mnie nie do pojęcia rozumem, to nie ma możliwości, żeby ten efekt się długo utrzymał, bo człowiek nie jest z plasteliny – zauważa lekarka. – Nie da się w odpowiedniej warstwie anatomicznej „wepchać” po 5-6-10 mililitrów. Szczególnie jak ktoś jest drobny, ma drobną twarzoczaszkę.
To stawia w zupełnie innym świetle popularne zdjęcia metamorfoz przed i po, na które tak często natykamy się w internecie. Jeśli po zabiegu wypełniaczami widzimy pacjentkę z zupełnie nową twarzą, o innych rysach i proporcjach – prawdopodobnie podano jej bardzo dużą ilość preparatu, który w przyszłości będzie wymagał ciągłych uzupełnień. A stąd prosta droga do overfilled syndrome.
– To jest rola lekarza, takiego jak ja czy moich kolegów i koleżanek, żeby takim pacjentkom urealnić oczekiwania. A kiedy trzeba, to im odmówić. A kiedy trzeba, to skierować na konsultację psychologiczną, bo często osoby, które oczekują spektakularnej zmiany swojego wyglądu zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, cierpią z powodu dysmorfofobii – tłumaczy dr Diana Kupczyńska.
Z 3. odcinka podcastu „Pod skórą” dowiesz się także, jak długo wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego mogą utrzymywać się w skórze, w które rejony twarzy nie powinno się ich podawać oraz dlaczego stymulatory tkankowej wcale nie są dla nich lepszą alternatywą.
Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.
Podcast reviews
Read Zwierciadło Podcasty podcast reviews
User725262& 2024/05/26
Szalenie Interesujące
Bardzo dużo, nie że się nauczyłem, ale uświadomiłem sobie bardzo wiele rzeczy.
Wydaje mi się że to też dzięki temu że to kobiety mówią. Faceci, jak j...
Podcast sponsorship advertising
Start advertising on Zwierciadło Podcasty relevant audience podcasts
You may also like to advertise on these Podcasts

4.7278572000
The Matt Walsh Show
The Daily Wire

4.959892000
Legal AF by MeidasTouch
MeidasTouch Network

4.7292742000
The Michael Knowles Show
The Daily Wire

4.890631580
Fearless with Jason Whitlock
Blaze Podcast Network

4.7106622000
FantasyPros - Fantasy Football Podcast
iHeartPodcasts

4.8104502000
Steve Deace Show
Blaze Podcast Network

4.6652482197
The Charlie Kirk Show
Charlie Kirk

4.6619862000
The Dan Bongino Show
Cumulus Podcast Network | Dan Bongino

4.831571364
The Late-Round Fantasy Football Podcast
iHeartPodcasts

4.6137831999
The Rubin Report
Dave Rubin